Polska broń atomowa (przedruk artykułu)

Polska broń atomowa (przedruk artykułu)

Postautor: Robert Muczawaros » 14 lip 2004, 00:10

Według planów Edwarda Gierka Polska miała stać się atomowym mocarstwem


W latach 70. rozpoczęto zakrojony na szeroką skalę program budowy bomby termojądrowej, który miał zakończyć się próbnym, podziemnym wybuchem w Bieszczadach. Z planów tych nic nie wyszło. Polska zamiast atomowym mocarstwem, stała się miejscem składowanych na naszym terytorium radzieckich, nuklearnych głowic...


Wspaniały pomysł

Za początek prac nad polską bombą termojądrową należy uznać 1968 rok i memoriał dr. Zbigniewa Puzewicza, szefa Katedry Podstaw Radiotechniki Wojskowej Akademii Technicznej, sugerujący, że możliwe jest przeprowadzenie syntezy termojądrowej przy użyciu laserów dużej mocy. Sprawą zainteresował się generał profesor Sylwester Kaliski, ówczesny komendant Wojskowej Akademii Technicznej. Obaj panowie postanowili potwierdzić realność tej teorii. Udało się to w 1970 roku. Wtedy to Puzewicz i Kaliski uczestniczyli w sympozjum w Montrealu, gdzie wysłuchali wykładu Edwarda Tellera, ojca amerykańskiej bomby wodorowej, a później inicjatora koncepcji reaganowskich gwiezdnych wojen. Teller dowodził, że można przeprowadzić syntezę termojądrową za pomocą lasera. To ostatecznie zadecydowało o rozpoczęciu prac nad polską bombą termojądrową. Prowadzono je w specjalnie wzniesionej hali WAT w warszawskiej dzielnicy Wola. Od 1972 roku prace kontynuowano w Instytucie Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy. Wzniesiono nową halę i specjalne budynki. Jak to bywało w czasach PRL-u, nie obyło się bez elementów humorystycznych, do których niewątpliwie należy zaliczyć otoczenie nowych budowli kilkumetrowym ziemnym nasypem, który miał "chronić" okolicę w razie przypadkowego wybuchu.


Sen o potędze

Do realizacji projektu polskiej bomby termojądrowej zaangażowano olbrzymie środki finansowe. Generał Wojciech Jaruzelski, wówczas minister obrony narodowej - jak sam swego czasu mi mówił - "o projekcie z Edwardem Gierkiem nie rozmawiał, to o nim słyszał". Edward Gierek nie szczędził pieniędzy, chciał tylko, aby o próbnej eksplozji nie dowiedzieli się "radzieccy towarzysze". W tej sprawie radził się prof. Romana Neya, w tamtych czasach wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk i eksperta robót podziemnych. Sylwester Kaliski, znając obawy Gierka, wmówił mu, że można przeprowadzić w wybudowanej w Bieszczadach sztolni próbną eksplozję tak, iż nikt na świecie nie wykryje wstrząsów sejsmicznych. Oczywiście była to bzdura, ale ocaliła ona projekt. Na potrzeby prac nad bombą unikalne przyrządy badawcze, materiały i mechanizmy objęte embargiem, sprowadził z zachodu polski wywiad. Według badającego swego czasu tę sprawę dziennikarza, dziś naczelnego magazynu "Raport - Wojskowa Technika Obronność" Wojciecha Łuczaka, udało się nawet sprowadzić z USA do Warszawy słynne "krytrony", czyli superczułe przełączniki elektroniczne sterujące procesami uruchamiania ładunków wybuchowych w niewyobrażalnie krótkich ułamkach sekundy. Urządzenia te są niezbędne w konstrukcji zapalnika bomby atomowej. "Gdybym w jednym z warszawskich gabinetów sam nie trzymał takiego urządzenia w ręce, nigdy bym nie uwierzył, że jest to możliwe" - usłyszałem od Łuczaka.

To wszystko, oczywiście, kosztowało bajońskie pieniądze. Oficjalnie zaksięgowane wydatki szły w miliony dolarów, jednak nikt nie policzy tych, które nawet w CIA nazywa się "czarną dziurą". Niektóre osoby zaangażowane w projekt twierdzą, że projekt polskiej bomby wodorowej pochłonął tak wielkie środki, iż mógł się przyczynić do załamania naszej gospodarki w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. Jedno nie ulega wątpliwości. Edward Gierek chciał, poprzez wprowadzenie Polski do ekskluzywnego klubu atomowego, potwierdzić, że prawdziwe są propagandowe slogany mówiące o ówczesnej PRL jako o mocarstwie będącym 10. potęgą przemysłową świata. Nie bez znaczenia był też fakt zapatrzenia się przez Gierka na politykę atomową Francji, którą zapewne chciał naśladować.


Wielkie rozczarowanie

Polska bomba termojądrowa miała być dziecinnie prosta. Wystarczyć miały wtryskiwacze deuteru i trytu oraz kulminacyjne ładunki wybuchowe, takie jakie służą do przebijania pancerza czołgu, podłączone do zdobytego przez nasz wywiad krytrona. Decydującym elementem był laser mający dostarczyć w odpowiednim ułamku sekundy energię wystarczającą do zapoczątkowania syntezy termojądrowej. Niestety, w polskich warunkach moc lasera mogła osiągnąć tylko 1 kilodżul. W tym czasie w Moskwie użyto 20-kilodżulowego lasera do podobnego eksperymentu, a w USA aż 100-kilodżulowego, jednak bez rezultatu. Najnowsze badania naukowe dowodzą, że aby wywołać syntezę termojądrową, należy użyć lasera o mocy 10 tysięcy kilodżuli. Tymczasem nad polskim projektem atomowym pojawiły się jeszcze inne chmury. Pomimo wysiłków polskiej strony o prowadzonych w Warszawie pracach nad bombą dowiedział się radziecki wywiad. Rosjanie, prowadząc podobne eksperymenty, zdawali sobie sprawę, że tą metodą nie da się osiągnąć sukcesu i czując się niezagrożeni w swoim monopolu na broń atomową, udawali, że o niczym nie wiedzą. Pewność w tej kwestii narusza jednak śmierć prof. Sylwestra Kaliskiego w dramatycznych okolicznościach. Zginął on w wypadku samochodowym, prowadząc swego fiata mirafiori. Część osób znających Kaliskiego uważa, że wypadek z jego udziałem był tylko kwestią czasu, ponieważ profesor kiepsko prowadził, jeżdżąc ze zbyt dużą prędkością. Niektórzy jednak uważają, że mirafiori, serwisowane w rządowych warsztatach, zostało uszkodzone przez radziecki wywiad. Co było przyczyną katastrofy, nie dowiemy się już nigdy. Pewne jest natomiast, że śmierć prof. Kaliskiego była końcem polskiego programu budowy bomby termojądrowej.


Atomowy taksówkarz

Na początku lat 60. zapadły decyzje, że Polska zakupi pułk samolotów myśliwsko-bombowych Su-7 będących nosicielami broni jądrowej. W 1965 roku stacjonujący w Bydgoszczy 5. Pomorski Pułk Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego przezbrojono w te odrzutowce. 10 i 11 marca 1968 roku ćwiczył on z 11. Dywizją Pancerną tworzenie tzw. atomowych korytarzy, przez które na Zachód miały ruszyć dywizje pancerne Układu Warszawskiego. W planach operacyjnych ZSRR polskie armie w pierwszych dniach III wojny światowej miały nacierać przez Lubekę na Danię. Dodajmy, że w czasie wspomnianych ćwiczeń, w marcu 1968 roku, po raz pierwszy zrzucono bombę IAB-500 imitującą wybuch bomby atomowej. Piloci wyznaczeni do lotów w czasie ewentualnego konfliktu nuklearnego z Zachodem musieli być kawalerami, najlepiej członkami PZPR. Szkolili ich radzieccy instruktorzy, którzy specjalnie w tym celu przyjeżdżali do Bydgoszczy. Na jedno ze szkoleń przyleciał razem z nimi nawet specjalny samolot An-26, który w razie wojny miał dostarczyć atomowe bomby do polskich samolotów. W 1974 roku polscy piloci byli szkoleni w Lidzie, na terenie byłego ZSRR, w lataniu na nowoczesnych odrzutowcach Su-20, posiadających zmienną geometrię skrzydeł. "Polacy ćwiczyli uzbrajanie samolotów w bomby nuklearne. Potem te same procedury trenowano na polskim lotnisku w Powidzu, gdzie stacjonowały samoloty przystosowane do przenoszenia bomb atomowych. Sam glądałem zakupione przez Polskę w latach 80. samoloty Su-22M4, które zaopatrzone były w specjalne panele w kabinie pilota, umożliwiające bojowy zrzut i belki, oraz zamki do podwieszenia 500-kilogramowych bomb atomowych" - powiedział mi Wojciech Łuczak. Największą tajemnicą otoczona była sprawa serwisu i konserwacji specjalnej atomowej amunicji, a także procedury jej przekazania polskiemu wojsku przez "radzieckich towarzyszy". Tajemnicą objęte były także miejsca przechowywania przez wojska radzieckie na terenie naszego kraju atomowych pocisków dla naszych samolotów. To samo w sobie było złamaniem polsko-radzieckich porozumień, bowiem PRL nigdy nie była oficjalnie poinformowana o składowaniu na jej terytorium takiej broni. Oficjalnie w razie wybuchu wojny lub zagrożenia nią broń taka miała być dostarczona przez ZSRR do Polski drogą lotniczą. Tymczasem po wycofaniu się Rosjan z Polski, w Bagiczu, w okolicach Kołobrzegu, w dawnej bazie rosyjskiej, przypadkiem odkryto ślady składowania atomowych półtonowych bomb, które wisiały w schronach samolotowych na zwykłych hakach jak kiełbasa w sklepie mięsnym. Przypuszcza się, że taktyczne ładunki jądrowe Rosjanie trzymali również w swoich bazach w: Żaganiu, Toruniu, Brzegu, Szprotawie i Sypniewie. Według pełnomocnika Ryszarda Kuklińskiego Józefa Szaniawskiego "od połowy lat 60. Rosjanie składowali broń atomową na terytorium Polski. Wypowiedzi polskich przywódców: Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego, że w Polsce nie ma broni atomowej, były jedynie czystą propagandą. Rosjanie zakładali, że wojna w Europie potrwa od 7 do 18 dni, a do tego konieczne było użycie broni atomowej" - powiedział mi kilka lat temu Józef Szaniawski.


Radziecki chłopiec na posyłki

ZSRR dokonując polskimi samolotami przy użyciu radzieckich głowic atomowego ataku na Zachód, narażał nasz kraj na odwet, jednocześnie chroniąc przed atomową ripostą swoje własne terytorium. Według pragnącego zachować anonimowość płkownika rezerwy, byłego wykładowcy na Akademii Obrony Narodowej, "wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, co oznacza wyrąbywanie atomowych korytarzy dla mających nacierać na Zachód polskich dywizji. W razie wojny każdy dowódca dywizji zmechanizowanej miał w ciągu dnia posunąć się naprzód o 60 km. Aby wykonać to zadanie, mógł zadecydować o dokonaniu na swoim kierunku natarcia kilku uderzeń atomowych, których wykonanie spoczywało na naszych wojskach rakietowych i lotnictwie".

Utworzenie za pomocą broni atomowej "korytarzy" dla nacierających wojsk pancernych miało w planach umożliwić tak szybkie zajęcie zachodniej Europy, aby nie zdążyły do niej przybyć z pomocą wojska amerykańskie. Polska generalicja wiedziała jednak, że NATO opracowało plan mający nie dopuścić do realizacji takiego scenariusza. Wojska europejskich członków NATO miały za zadanie powstrzymać jedynie uderzenie pierwszego rzutu strategicznego wojsk radzieckich stacjonujących we wschodnich Niemczech oraz armii NRD, CSRS oraz PRL. W tym czasie maszerujący z terenów obecnej Ukrainy i Białorusi drugi rzut strategiczny wojsk radzieckich miał zostać zatrzymany na linii Wisły zmasowanym atakiem atomowym. To pozwoliłoby dotrzeć do Europy wojskom amerykańskim, zanim osłabiony atomowym ciosem drugi rzut strategiczny Układu Warszawskiego dotarłby do rejonu walk toczonych pomiędzy Renem a Łabą. Łatwo można sobie wyobrazić, co oznaczałoby dla Polski powstrzymanie przez NATO wojsk radzieckich w środku naszego kraju przy użyciu broni atomowej. Tym bardziej że do akcji tej użyto by nie kilku głowic, ale większości ze świeżo zainstalowanych na Zachodzie atomowych rakiet średniego zasięgu persing, których celem stałyby się m.in. wszystkie mosty na Wiśle, w tym także na terenie Krakowa i Warszawy. Dzisiaj, kiedy nie istnieje już Układ Warszawski, a radzieckie czołgi mające zdobywać Europę rdzewieją z braku pieniędzy w koszarach, przedstawione powyżej scenariusze przypominają senne koszmary. Niestety, jeszcze 20 lat temu atomowa apokalipsa była realną groźbą tak dla Europy, jak też dla naszego kraju.

MIREK BŁACH


Powyższy artykuł jest przedrukiem; treści zawartych w nim nie jestem w stanie zweryfikować. Ciekaw jestem natomiast opinii rzucających nieco światła na polski program atomowy.




Robert Merk-Dyzendorf
Robert Muczawaros
 
Posty: 4
Rejestracja: 11 maja 2006, 02:00

Informacja

Ten wątek ma 62 odpowiedzi

Musisz być zalogowany, aby zobaczyć wszystkie posty w tym wątku.


Zarejestruj się lub Zaloguj się

Wróć do Tematy dyskusyjne

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość